wtorek, 7 kwietnia 2026

#86 Detekcja Grawitonu, czyli Po Igłę w Stogu Grawitacji

 


0. Wstęp.

Detekcja grawitonu?

A na jakiej planecie pan żyje? Bo jeśli na Jowiszu, to podobno możecie się postarać, ale jeśli na Księżycu, to lepiej niech pan tam zostanie bo na Ziemi takich wariatów nie chcemy.

Dlaczego na Jowiszu? Kiedyś pisało się i mówiło, że aby wykryć grawiton, trzeba by użyć detektora rozmiaru Jowisza. A takiego póki co nie mamy. Opiszę pokrótce, jak napisała się nowa wspaniała historia, może jeszcze nie wykrycia grawitonu, ale jakiejś próby realnego podejścia do tematu. Bardziej realnej, niż ta z Jowiszem.

Może mój blog zmartwychwstanie? :) Zrobimy Diesphys Reload, @diesphys Reaktywacja ;)

1. Detekcja grawitonu - a co to takiego? Ten cały grawiton.

Jest to hipotetyczna cząstka, która ma rzekomo przenosić siłę grawitacji. Tak zwany kwant grawitacji - na razie jeszcze hipotetyczny. Detekcja tegoż to ostateczny cel fizyki doświadczalnej. Konwencjonalna wiedza mówi natomiast, że taki eksperyment nie może zostać przeprowadzony. Według jeszcze innych pogłosek, musiałby dokonać tego detektor rozmiaru Ziemi orbitujący wokół Słońca a ten mógłby wykryć jeden grawiton na miliard lat. No dobra, zapytacie, a co z tym Jowiszem, bo tu już pozamiatane jak widać? Detektor rozmiaru Jowisza musiałby poruszać się wokół gwiazdy neutronowej, aby było ich trochę więcej, tych grawitonów. Echhh, człowiek chce dobrze, a tu...

Ale jest nowa propozycja, która obala standardowe myślenie. Połączenie nowoczesnego rozumienia zmarszczek na czasoprzestrzeni, znanego jako fale grawitacyjne, z osiągnięciami technologii kwantowej - na taki pomysł wpadła grupa naukowców. Grupa ta mówi jednak, że byłoby to zdarzenie kwantowe nie tak ściśle powiązane z grawitonem. Nadal to zadanie dla greckiego herosa, ale już osiągalne dla tej grupy naukowców w czasie, gdy jeszcze będą żyć, w laboratorium, które można zbudować. Jednym z nich jest Matteo Fadel z ETH w Zurichu. Taki przykład, że nie jest to jakaś grupa incognito.

Obecnie, ogólna teoria względności przypisuje grawitacji rolę delikatnych wybrzuszeń na tkance czasoprzestrzeni. Ale wykrycie grawitonu oznaczałoby, że grawitacja jest również siłą składająca się z kwantów, cząstek, tak jak elektromagnetyzm i inne siły fundamentalne. Większość fizyków uważa, że grawitacja ma właściwości, a raczej swoją stronę kwantową. Wykrycie grawitonu oznaczałoby spełnienie marzeń niejednego fizyka, który poświęcił życie na pracę nad kwantową grawitacją. Tak długo już jest poszukiwana owa kwantowa grawitacja.

Pomimo, iż eksperyment jest relatywnie prosty, to już interpretacja - czego detekcja mogłaby dowieść - już nie. Najprostsze wyjaśnienie wyniku pozytywnego oznaczałoby istnienie grawitonu. Ale fizycy już znaleźli takie drogi, do udowodnienia istnienia grawitonu, bez odnoszenia się do niego. Dyskusja dziś przypomina tę z początków wieku XX, kiedy debatowano nad kwantami po raz pierwszy. W 1905 roku Einstein zinterpretował dane eksperymentalne i odkrył, że światło jest 'skwantowane', i przemieszcza się przy pomocy dyskretnych cząstek, które dziś nazywamy fotonami. Inni, tacy jak Niels Bohr i Max Planck uważali, że można ocalić jeszcze klasyczną, falową teorię natury światła. Zajęło siedem dekad ku temu, aby naukowcy stwierdzili, że światło jest skwantowane, w głównej mierze ze względu na subtelną naturę kwantów jako takich.

2. Kwanty, Kwanty. Znowu?! ;)

Większość fizyków uważa, że wszystko w świecie jest skwantowane, włączając w to grawitację. Ale dowiedzenie tego założenia rozpętałoby nową wojnę, a przecież inna dopiero się zaczęła. Jak śpiewał Kazik Staszewski: ‘Kiedy ucichną działa już, wtedy się inne odezwą’.

Jest bardzo trudno próbkować grawitację eksperymentalnie, ponieważ jest bardzo słaba. Potrzeba olbrzymich mas - takich jak planety - aby znacząco odkształcić czasoprzestrzeń i wywołać jednoznaczne przyciąganie grawitacyjne. W porównaniu, magnes rozmiaru karty kredytowej przylgnie od razu do lodówki. Tak działa elektromagnetyzm, który, jak widać, jest o niebo silniejszy.

Jednym ze sposobów, aby badać te siły, jest zakłócenie obiektu, a wtedy można obserwować zmarszczki, które rozchodzą się w konsekwencji takiego zaburzenia. Gdy zakłócamy masywny obiekt, pojawiają się zmarszczki, ale czasoprzestrzeni. Emituje on wtedy fale grawitacyjne. Fale świetlne dostrzegamy gołym okiem, ale fale grawitacyjne to zupełnie inna historia. Zajęło dekady, aby zbudować olbrzymie detektory, długie na kilometry, aby stworzyć coś takiego jak LIGO (Laser Interferometr Gravitational-Wave Observatory), detektor na bazie interferometru Michelsona. Wykryto, wkrótce po zbudowaniu, pierwsze zakłócenie czasoprzestrzeni spowodowane zderzeniem dwóch czarnych dziur, w roku 2015. Einstein przewidział istnienie fal grawitacyjnych już sto lat wcześniej, no ale Einstein to Einstein, jemu wolno być tak genialnym ;)

Detekcja pojedynczego grawitonu byłaby o wile trudniejsza, coś jak wykrycie jednej molekuły wody w oceanie. W roku 2012 Freeman Dyson rozważył fale grawitacyjne pochodzące od Słońca, skoro dochodzi do nagłych i brutalnych poruszeń materii wewnątrz gwiazdy; powinny być widoczne, a raczej wykrywalne, fale grawitacyjne. Wydawało się, że jeden grawiton mógłby wystrzelić jeden elektron na wyższy poziom energetyczny, lecz Dyson wyliczył, że takich kliknięć byłoby 4 dla detektora tak dużego jak Ziemia, poruszającego się przez 5 miliardów lat wokół Słońca.

Po kilkunastu latach udało się złagodzić przewidywania Dysona. Najpierw, LIGO wykrywało regularnie fale grawitacyjne ze zderzeń odległych czarnych dziur, a okazyjnie także gwiazd neutronowych. Te zdarzenia wstrząsają czasoprzestrzenią o wiele mocniej niż poruszenia materii w Słońcu, dlatego zaświeciła się lampka o możliwości wykrycia grawitonu, w kontrze do czarnowidztwa Dysona. Po drugie, okazało się, że mamy całkiem sporo do powiedzenia, jeśli chodzi o nowe i liczne pomiary kwantowe i ich różnorakie wariacje, często bardzo pomysłowe.



3. Pojawiają się Ruscy z piwem i sprawa rozwiązana!

Igor Pivkovski (nieodłącznie kojarzy mi się z radzieckim naukowcem i z piwem), fizyk teoretyk z Politechniki w New Jersey, długo zastawiał się nad tymi osiągnięciami technologicznymi, właściwie już od roku 2016. On i jego koledzy odkryli już, że kadź z nadciekłym helem - ciecz, która przez swego rodzaju odbicia w odpowiedzi na pewnego typu fale grawitacyjne.

Należałoby rozpocząć od skoku z pomysłu zbudowania detektora fal grawitacyjnych do detektora grawitonów. A jak to możliwe?

Oto nowy świąteczny przepis:

Bierzesz 15 kilogramowy pręt berylowy (lub z podobnego materiału) i ochładzasz go do temperatury bliskiej zera bezwzględnego, najniższej możliwej do uzyskania w świecie fizycznym. Wypluty z całej energii cieplnej, pręt postanie w swoim stanie 'uziemienia' - swoim stanie o najniższej możliwej dla siebie energii. Wszystkie jego atomy zaczną zachowywać się wspólnie jak jeden system kwantowy, tak jak jeden duży atom, a raczej podobnie do niego.

Następnie czekasz dopóki fale grawitacyjne z głębokiej przestrzeni będą przelatywać obok. Szanse na jeden grawiton wejdzie w interakcje z berylem są niskie, ale fala będzie zawierać ich tak dużo, że ogólne szanse na interakcję, choćby jedną, są duże. Grupa naszych badaczy oszacowała, że jedna na trzy fale grawitacyjne odpowiedniego rodzaju (najlepsze są zderzenia gwiazd neutronowych, bo trwają dłużej niż zespolenia czarnych dziur) powinna pobudzić pręt jedną jednostką kwantową energii. Jeśli twój pręt odbije fale wspólne z tymi wykrytymi przez LIGO, będziecie świadkami koncertu a raczej kwantowego zdarzenia wywołanego przez grawitację.

Pośród wielu przeszkód inżynieryjnych związanych z otwarciem takiego okna, najtrudniejsze będzie umieszczenie ciężkiego obiektu w jego stanie zerowym i wykrycie, gdy przeskoczy on z tego stanu do swojego następnego stanu energetycznego. Jedna z grup w Zurychu, która przoduje w badaniach nad takimi urządzeniami ochłodziła małe kryształki szafiru do momentu, gdy zaczęły przejawiać właściwości kwantowe. W 2023 roku udało się wprowadzić te kryształy w dwa stany jednocześnie czyli w superpozycję - kolejną z oznak własności kwantowych. Jego masa wynosiła 16 milionowych grama - to ciężki okaz jak na obiekt kwantowy, ale wciąż pół miliarda razy lżejszy, niż wymagałby tego pręt Pivkovskiego. Pomimo tego, Fadel uważa to za osiągalne. Mówi, że nie byłoby to nawet za bardzo szalone jak na fizykę kwantową. Zbyt szalone jak na fizykę kwantową byłoby chyba tylko przywrócenie do życia tego bloga… ;)

Eksperyment Pivkovskiego - podobnie jak Dysona - emuluje ten sam eksperyment, który skłonił w 1905 roku Einsteina do stwierdzenia, że światło jest skwantowane. Frank Wilczek mówi: 'byłby to milowy krok, jeśliby udało si sprowadzić grawitony do poziomu fotonów z 1905 roku'.

Podręczniki często przypisują pracy Einsteina odkrycie fotonu. Ale prawdziwa historia jest o wiele bardziej interesująca. A tamtym czasie (1905 rok) wielu fizyków odrzucało prace Einsteina. Niektórzy nie zgadzali się z nim przez następne 20 lat. W ich opinii, eksperyment nie przedstawiał jednoznacznego dowodu. Był on raczej pierwszym argumentem w długiej na dekady wojnie o sformułowanie prawdziwej natury światła.

4. Teraz będę pisał o fotonie. A wy możecie grać w grę, ale wolałbym, byście czytali @diesphys ;)

A, tak. Fizycy dostrzegli rysę na swoim klasycznym rozumieniu rzeczywistości w ostatnich latach wieku XIX. J.J. Thomson odkrył, że prądy elektryczne rozchodzą się dyskretnych porcjach ładunku, które nazwano elektronami. W międzyczasie, również fizycy, bo przecież nie nauczyciele wychowania przedszkolnego, byli zadziwieni szeregiem eksperymentów dokonanych przez Heinricha Hertza i innych, które pokazywały, że światło można wykorzystać do wytwarzania przepływu prądu elektrycznego. Był to tak zwany efekt fotoelektryczny.

Zagadka polegała na tym, że kiedy skierowano bezpośrednie promienie światła na metalową płytkę, czasem prąd elektryczny płynął przez nią, a czasem nie. W świecie przed-kwantowym było to zjawisko trudne do wyjaśniania. Wierzono, że każda fala powinna wywołać przynajmniej mały przepływ prądu, a jaśniejsze światło powinno wytwarzać większe prądy. Dla odmiany, odkryto, że określony kolor światła - częstotliwość - powoduje, że prąd przepływa. Tylko światło o pewnej częstotliwości lub większej mogły wywoływać pojawienie się przepływu elektronów. Jasność światła miała niewiele wspólnego z przepływem prądu.

W 1905 roku Einstein zaproponował rozwianie: fala światła jest złożona z wielu dyskretnych jednostek, nazywanych kwantami, każdy z energią powiązaną z częstotliwością fali. Im wyższa częstotliwość fali światła, tym bardziej energetyczne kwanty. Oraz - im jaśniejsze światło - tym więcej pojawiało się owych kwantów. Kolejny przepis świąteczny: Jeśli spróbujesz wywołać prąd za pomocą czerwonego światła o niskiej częstotliwości, żadna ilość nie wystarczy do pojawienia się efektu fotoelektrycznego. Ale światło niebieskie o wysokiej częstotliwości (bo przecież elektrony to niebieskie kulki, więc pasuje ;)) wywołuje całą masę elektronów. Każda z tych jednostek światła niebieskiego o wysokiej częstotliwości ma wystarczająco dużo energii do wzbudzenia elektronu, nawet w bladym świetle i z małą ilością fotonów.

Teoria Einsteina wywołała falę sceptycyzmu. Fizycy jak lwy bronili 40 letniej teorii Clerka Maxwella, mówiącej, że światło to fala elektromagnetyczna. Widziano światło które zachowywało się jak fala - ulegało refrakcji, dyfrakcji i wszystkiemu innemu, co dotyczyło fal. Jak mogło więc składać się z cząstek?

Nawet po zdobyciu przez Einsteina Nagrody Nobla w 1921 za efekt fotoelektryczny, fizycy nadal debatowali. Efekt wskazywał, że coś jest skwantowane - inaczej nie istniałby minimalny próg wymagany do przepływu elektronów. Ale niektórzy, tacy jak Niels Bohr, który uważany jest za twórcę teorii kwantów, twierdzili, że tylko materia jest skwantowana, nie światło. Dziś tego typu teorie nazywane są 'pół-klasycznymi', ponieważ opisują klasyczne pola wchodzące w interakcję ze skwantowana materią.

Aby zobaczyć, jak teoria semiklasyczna może wyjaśnić efekt fotoelektryczny, wyobraźcie sobie dziecko na huśtawce. Jest jak elektron w metalu. Mają stan zerowy (gdy się nie huśta) i stan wzbudzony (huśtanie się). Klasyczna fala jest jak popchnięcia dziecka na huśtawce. Albo od razu, weźmy działo fotonowe i wzbudźmy je porządnie ;) Jeśli popchnięcia mają miejsce w losowych momentach, z losowa częstotliwością, nic się nie dzieje. Dziecko może trochę się pobujać, ale ogólnie rzecz biorąc będzie znajdować się w stanie uziemienia. Tylko w przypadku popchnięć z odpowiednią częstotliwością - częstotliwością 'rezonującą' huśtawki - dziecko nabierze odpowiedniej energii i rozpoczyna się huśtać. (elektrony w płytce metalowej zachowują się trochę inaczej; rezonują z całym ciągłym pasmem częstotliwości, zamiast jednego. Ale efekt końcowy jest taki sam: żadna fala poniżej tej częstotliwości nie robi nic elektronom, podczas gdy każdą fala w tej częstotliwości wzbudza elektrony i powoduje przepływ prądu.)

Einstein ostatecznie się wybronił, ale nie jedynie za pomocą efektu fotoelektrycznego. Późniejsze eksperymenty polegające na zderzaniu elektronów i fotonów jak pociski wykazały, że pęd również jest skwantowany, występuje w porcjach. To badanie ostatecznie dowiodło, że pół-klasyczna teoria materii i światła Bohra i jego kompanów została obalona. w 1925 roku, po obejrzeniu danych, Bohr zgodził się i powiedział, że jego teorii należy się honorowy pogrzeb. Świat fizyczny powitał światło w roli kwantowej. Kwanty światła nazwano fotonami. Nawiasem mówiąc, kompania Bohra była dość wesoła, był znany z imprez w swojej duńskiej posiadłości, gdzie duński rząd rękami Carlsberga ufundował mu browar. Przesiadywali tam i gadali. I tak powstała teoria kwantów. Żartuję, ale z tym browarem to prawdziwa historia :)

Niewielu fizyków nie zgadzało się z teorią kwantową fotonu po 1925 roku, ale wiadomo, znajdą się zawsze gorliwcy. Uznano, że nawet jeśli nikt nie wymyślił teorii semiklasycznej nie oznaczało to, że takowa nie istnieje. Ostateczny dowód na to, że fotony są realne przyszedł w późnych latach 70 XIX wieku, kiedy badacze optyki kwantowej pokazali, że światło dotarło do detektora w sposób, na jaki nie pozwoliłaby żadna teoria pół-klasyczna. Eksperymenty pokazały, że foton wystrzeliwany z działa fotonowego (a jednak ono istnieje, a już było zabawnie... te wszystkie biedne huśtające się dzieci...) raz na sekundę powodował klikniecie detektora raz na sekundę w odpowiedzi. Zakończony wojny fotonowe.


Wave interaction - interakcja falowa

E - Natężenie pola elektrycznego

H - Natężenie pola magnetycznego

k - wektor propagacji (rozchodzenia się) fali

s - wektor spinowy

(lambda) - długość fali

H - skrętność

c - prędkość światła

LCP - polaryzacja kołowa lewoskrętna

RCP - polaryzacja kołowa prawoskrętna

(jak widzimy, długość i częstotliwość fali dla grawitonu to nic innego jak połączenie lewo- i prawoskrętnej polaryzacji kołowej fotonu!)

5. Wojny grawitonowe? Znowu, kolejne wojny? Nieeee!

W sierpniu 2023 Daniel Carney i jego współpracownicy wystrzelili pierwszy strzał w nowej wojnie. I masz, nowe działa, tym razem grawitonowe, odezwały się.

Nicholas Rodd, współpracownik Carneya, miał pogląd podobny do Pivkovskiego o nowym sposobie na zbudowanie detektora grawitonów. Panowie się napalili, wiele więcej nie było im trzeba. W Lawrence Berkeley National Laboratory rozpoczął się nowy rozdział wojny grawitonowej.

Napotkali w literaturze pokręcona historię fotonu i poziomu zaangażowania optyków kwantowych w latach 70 XIX, a raczej do czego musiało dojść, by potwierdzić kwantową nature światła. Przetransformowano te pytania i odpowiedzi na kontekst grawitacyjny i okazało się, że Dyson miał rację. Naprawdę potrzebny był detektor rozmiaru planety, aby dowieść kwantowości grawitacji na zasadzie wykrycia pojedynczego grawitonu, a to według wyliczeń Pivkovskiego.

Jakże szybko musieliśmy zweryfikować swoje poglądy - powiedział Carney.

Grawiton, grawiton. Jego poszukiwacze znajdują się obecnie w szczególnej pozycji. Każdy dziś zgadza się co do głównych faktów. Po pierwsze - wykrycie pojedynczego grawitonu z fali grawitacyjnej jest, o dziwo, możliwe. Ale po drugie, stwierdzenie, że fala grawitacyjna jest skwantowana, wcale nie jest tak pewne, nawet w obliczu możliwości detekcji. 'Czy można sprawić, by klasyczna fala grawitacyjna dawała ten sam sygnał? Odpowiedź brzmi tak', mówi Carney.

Ale o tym, jak wiele dowiedziano by się z tego doświadczenia, mówi się różnie. Dla niektórych byłby to silny dowód na to, że grawitacja jest siłą kwantową ponieważ alternatywa - pół-klasyczna teoria grawitacji i materii - zostałaby w pewnym stopniu obalona. Takie teorie naruszają zasadę zachowania energii, na przykład. Jeśli pręt berylowy zyskuje jeden kwant energii, wtedy zasada zachowania energii wymaga, aby fala grawitacyjna oddała jeden kwant energii - a wtedy sama musi być kwantowa. (Einstein wskazał taki dowód dla fotonu w roku 1911). Semiklasyczne teorie ocalają klasyczność grawitacji kosztem poświęcenia zasady zachowania energii! Niektórzy fizycy może są szaleni, ale nie na tyle, by poświęcać główny filar, na którym opiera się ich dziedzina wiedzy :)

'O ile nie użyjemy bardzo sztucznych interpretacji' - mówi Wilczek, 'musi się okazać, że powinno się zastosować mechanikę kwantową do fali grawitacyjnej'.

'Jeśli chciałbym zobaczyć ślady kwantowości, nie leży w moim interesie wykluczenie patologicznych teorii w pierwszej kolejności'. - mówi Pivkovski.

Dla fizyków takich jak Carney, jednoznaczny dowodów na to, że grawitacja musi być kwantowa nie jest tak oczywisty. 'Mamy wiele dowodów na to, że cała rzeczywistość jest skwantowana. Potrzebujemy potwierdzenia, a w zasadzie eksperymentów zamykających inne zamknięte pętle teoretyczne, czyli inne, błędne teorie, nieważne, jak dziwne mogłyby się one wydawać.'

‘Istnieje taka presja, aby myśleć, że wszystko musi być kwantowe, że powinno się zatrudnić prawnika’ - mówi Carney. Prawnik, najlepiej rozmiarów Jowisza. Bo tak wielki musiałby być detektor :)

5. Punkt początkowy. Początek... wojny. Nieee!

Pomimo tego, że teoria Pivkovskiego nie jest dowodem na to, że zakończono pewien ślepy zaułek, wielu fizyków chciałoby, aby przeprowadzono jego doświadczenie. Byłby to początek ery eksperymentalnej dla kwantowej grawitacji, co jeszcze niedawno wydawało się odległą przyszłością.

Mogłoby się okazać, że eksperyment Pivkovskiego jest inspiracją dla nowych badań, co wprowadziłoby fizyków głębiej w eę kwantowej grawitacji, Podobnie jak niektóre eksperymenty niegdyś torowały drogę dla teorii fotonu. Wiadomo teraz, że mechanika kwantowa to coś więcej niż zwykłe porcjowanie. Systemy kwantowej mogą znajdować się w kombinacji stanów znanych jako superpozycja, na przykład, a ich części mogą znajdować się w splątaniu kwantowym. Powoduje to fakt, że pomiar jednej części odsłania informacje na temat drugiej... Badania wykazujące, że grawitacja zachowuje te właściwości dostarczyłyby silniejszych dowodów na jej kwantowalność, a już teraz badacze zbierają informacje, co należałoby zrobić, aby przeprowadzić te eksperymenty.

Żadne z testów dotyczące kwantowej grawitacji nie są całkowicie nie do obalenia, ale każdy dostarcza twardych danych liczbowych odnośnie najsłabszej siły fundamentalnej. A teraz - pręt z berylu w roli kandydata stanowi najsilniejszy punkt wyjściowy dla eksperymentu, który zapoczątkuje nową drogę. Drogę eksperymentalnej kwantowej grawitacji.

Jednym słowem, przyszłość kwantowej grawitacji opiera się na 15 kilogramowym pręcie :)

I tyle od @diepshys :)



sobota, 4 kwietnia 2026

#85 Dwa Łyki Termodynamiki, czyli Drugie Prawo Termodynamiki i Co Dalej

0. Wstęp.

Dzień dobry. Cześć. Czołem.

Mamy Święta, a więc urlop od fizyki, mogłoby się zdawać. Ale termodynamika jest wszędzie. Ugotujcie jajko, a okaże się, że można na nim wyjaśnić rosnącą entropię, czyli stan nieuporządkowania, od mniejszej do większej. A jak? A tak, że jajko nieugotowane ma mniej stanów nieuporządkowanych w swoich molekułach niż uporządkowanych. Dlatego ma mniejsza entropię. A ugotowane? Cóż, białko jest ścięte, struktury białkowe łączą się w chaotyczne układy. Nie ma możliwości samoistnego powrotu do stanu przed ugotowaniem, a przynajmniej nie ma wiele takich układów (woda + jajko). To znaczy jest, ale taka bardzo malutka szansa, że jajko samoistnie odda ciepło wodzie i stanie się nieugotowane. Ale nie rozważamy, w tym wypadku, termodynamiki kwantowej. Sami widzicie, że układ woda-jajko dąży do stanu równowagi termodynamicznej: woda oddaje ciepło jajku, a to układa się w bardziej chaotyczny stan (na poziomie cząsteczkowym). Cały układ ma większą entropię, niż na początku, gdy ciepła woda i nieugotowane jajko były bardziej oddzielone od siebie, a więc uporządkowane.

Ufff. Jajka, (część powie: jajca, jeśli mówimy o humorze, a tego zawsze pod dostatkiem) Święta, co jeszcze? A w tym wszystkim drugie prawo termodynamiki? Jak to połączyć? Z czym to jeść, zapytałby jakiś anonimowy łasuch?

1. Termodynamika i drugie jej prawo.

Odkąd silnik parowy zaczął modernizować świat, drugie prawo termodynamiki rządzi fizyką, chemią, inżynierią i biologią. Potężne prawo naszego świata. Ale teraz zostało ono uzupełnione o nową wiedzę.

Termodynamika - badania energii - powstało w czasach XIX wieku, kiedy silnik parowy rozpoczął rewolucję przemysłową. Aby zrozumieć drugie jej prawo, wyobraźcie sobie biszkopt. Tak, biszkopt. Wyciągamy go prosto z piekarnika i ochładzamy blat stołu. Molekuły zapachu przenoszące ciepło unoszą się w kierunku oddalania się od ciasta. Fizyk może się zastanowić: na jak wiele sposobów mogą owe molekuły zostać ułożone na pewnej objętości powietrza, która właśnie zajmują? Nazywamy to liczbą ułożeń entropii molekuł. Jeśli jako objętość przestrzeni rozważymy tę otaczającą pobliże ciasta (a dzieje się tak, gdy ciasto jest najświeższe, i, pewnie grono łasuchów świątecznych powie, najsmaczniejsze), entropia jest relatywnie mała. Jeśli weźmiemy pod uwagę całą kuchnię (w czasie, gdy molekuły zdążyły przemieścić się dalej), entropia eksponencjonalnie rośnie. W tempie wykładniczym. Wykładniczym, czyli np.: zwykły przyrost to 2+1, czyli mamy – 2,3,4,5,6... 20. Przyrost o jeden. Zaś wykładniczy to 2^1, 2^2, 2^3,… 2^20, gdzie dwa do potęgi dwudziestej to… 1048576. Jedynka jedynce nierówna... Drugie prawo termodynamiki obwieszcza, że entropia każdego zamkniętego, izolowanego układu (takiego jak kuchnia, zakładając, że okna i drzwi są zamknięte) rośnie albo pozostaje stała. Odpowiednio, zapach biszkoptu roznosi się po kuchni i nigdy nie wraca do ciasta.

Sumujemy to zachowanie jako nierówność: Sf≥ Si, gdzie Si to początkowa entropia molekuł, a Sf to ostateczna entropia. Nierówność jest użyteczna ale niejasna, ponieważ nie mówi, o ile wzrośnie entropia, z wyjątkiem specjalnego przypadku: kiedy molekuły znajdują się w stanie równowagi termodynamicznej. Tak się dzieje, kiedy właściwości o dużej skali, takie jak temperatura i objętość pozostają stałe, a żadne przepływy wielkości, takich jak energia czy dołożenie bądź uszczuplanie liczby molekuł, nie ma miejsca. To znaczy, nic nie wnosi się ani nie opuszcza układu. Na przykład, molekuły zapachu ciasta osiągają stan równowagi, gdy całkowicie wypełnią kuchnię. W stanie równowagi, drugie prawo termodynamiki urasta do równości: Sf=Si. Ta prosta, ogólna równowaga dostarcza precyzyjnych informacji o wielu różnych typach systemów termodynamicznych w stanie równowagi cieplnej.

2. A gdzie my? I co z naszą równością (termodynamiczną oczywiście)?

Ja i ty, oraz reszta świata, znajdujemy się bardzo daleko od równowagi cieplnej. A 'daleko od równowagi’ to taki dziki zachód dla fizyków teoretyków i chemików: stan nieprzewidywalny i nieuporządkowany. A nakładanie praw na takie nieuporządkowanie, czyli inaczej mówiąc dowodzenie równości w fizyce oddalonej od stanu uporządkowania - jest bardzo trudne.

Ale nie niemożliwe. Przez dekady fizycy pracowali nad równościami, które wzmacniały znaczenie drugiego prawa termodynamiki. Te równości znane są jako relacje fluktuacyjne. Łączą właściwości systemów dalekich od stanu równowagi (o których bardzo trudno mówi się w teorii) z właściwościami stanu równowagi (o których łatwiej dyskutować). Jednym słowem – łączą stany chaotyczne i uporządkowane, dostrzegając w nich jednakowe prawa… To tak jakby powiedzieć: ‘hmmm, w tym bigosie i głąbie kapusty widzę pewne podobieństwa’.

Aby zobaczyć relacje fluktuacyjne w praniu, wyobraźmy sobie mikroskopijny łańcuch DNA unoszący się w wodzie. Spokojnie unoszący się łańcuch znajduje się w stanie równowagi, posiadając temperaturę równa temperaturze wody. Używając laserów, możemy przytrzymać jeden koniec łańcucha w miejscu i pociągnąć za drugi koniec. Rozciąganie łańcucha wyrywa go ze stanu równowagi i wymaga pracy w sensie fizycznym: zorganizowanej energii zaprzęgniętej do wykonania użytecznego zadania. Wielkość pracy, która jest do tego wymagana fluktuuje z jednego pociągnięcia łańcucha do drugiego, ponieważ molekuły wody czasem odbijają łańcuch w tę i na zad, tam i z powrotem, to tu, to tam. Oznacza to, że każda możliwa ilość pracy ma szansę bycia potrzebnym w przypadku następnego pociągnięcia.



3. Ciągniecie za łańcuszki ma swoje konsekwencje (w szczególność łańcuszki DNA).

Okazuje się, że te prawdopodobieństwa (opisują one DNA w stanie dalekim od równowagi) odnoszą się bezpośrednio do właściwości, które DNA ma wstanie równowagi. A ta relacja może być uchwycona przez równość.

To element główny relacji fluktuacyjnych: właściwości systemu dalekiego od stanu równowagi uczestniczą w sposób równościowy z właściwościami stanu równowagi. Niesamowite. Jak rozpoznać i dostrzec właściwości chaotyczne i uporządkowane i powiedzieć, że mają pewne cechy wspólne? Odkrył to Chris Jarzynski z Uniwersytetu w Maryland w 1997. Jest on tak skromny, że używa nazwy nieuporządkowanych relacji fluktuacyjnych, podczas gdy cała reszta fizyków używa nazwy równości Jarzynskiego. Jest tak skromny, że nie używa kreseczki do ‘ń’. Pomimo, że eksperyment z DNA dostarczył jednych z najbardziej znanych wyników badań tej zasady, równanie to rządzi wieloma systemami, włączając elektrony, koraliki o wielkości bakterii i mosiężne oscylatory, które przypominają huśtające się opony na odległości centymetra. Wydaje się, jakieś tam relacje fluktuacyjne. A uczestniczą one w… nie chcę nawet mówić, w czym. To znaczy, jak wielka skala zastosowań ma miejsce w ich przypadku.

Relacje fluktuacyjne mają swoje implikacje zarówno fundamentalne, jak i praktyczne. Z tych równości można wyprowadzić drugie prawo termodynamiki. Także, relacje fluktuacyjne nie tylko rozszerzają naszą wiedzę o stanach dalekich od równowagi, ale również mówią dużo o tym, co wiemy o stanach równowagi.

Ale ich szczególne znaczenie leży w fakcie dość ironicznym: kiedy łatwo mówić w teorii o stanach równowagi, są one trudniejsze do przetestowania niż właściwości dalekich od równowagi. Na przykład, aby zmierzyć pracę potrzebną do rozciągnięcia DNA w stan daleki od równowagi, możemy po prostu pociągnąć za łańcuszek szybciej - w krótkim czasie. Dla kontrastu, aby zmierzyć pracę potrzebną do rozciągnięcia w czasie, gdy DNA znajduje się w stanie równowagi, musimy wykonywać rozciąganie tak wolno, że DNA znajduje się właściwie w stanie spoczynku - a nasz eksperyment zająłby nieskończenie długi czas.

4. Chemia, Biologia, fizyka teoretyczna, Wiedza o społeczeństwie, WF...

Chemicy, biologowie i farmaceuci korzystają z wiedzy o stanach równowagi protein i innych molekuł, dlatego używanie relacji fluktuacyjnych daje niesamowity materiał badawczy. Mogą oni wykonywać wiele prób stanów nieuporządkowanych i mierzyć pracę, która potrzebna jest do wykonania każdego z nich. Z tych danych można wywnioskować ile potrzebnej będzie pracy w następnej próbie badawczej stanu nierównowagi. Mogą potem użyć tych właściwości do strony stanów dalekich od równowagi reakcji fluktuacyjnych, aby określić stronę równowagi. Ta metoda nadal wymaga wielkiej ilości prób, ale badacze opracowali narzędzia matematyczne, aby obejść tę trudność. Ot, zwykła równość (podobieństwa) między stanami chaotycznymi a stabilnymi. Nie przeraża Was to zdanie? Na poziomie cząsteczkowym istnieje równość między stanami nieuporządkowanymi a uporządkowanymi, są zależności wspólne między tym samym układem w chaosie i uporządkowaniu… To taka ekstrapolacja, może się wydawać. Podobnie jak Kosmos, który na początku był ograniczoną zupą kwantową cząstek o pewnym rozkładzie, dziś pokazuje ów rozkład na poziomie… galaktyk, gromad, supergromad!

W ten sposób relacje fluktuacyjne zrewolucjonizowały termodynamikę, galwanizację i dostarczyły szczegółowych przewidywań o świecie w stanie dalekim od równowagi. Ale to nie wszystko.

Podczas lat 2000, w grę wkroczyli termodynamicy kwantowi - obserwujący, jak mechanika kwantowa modyfikuje klasyczne koncepcje takie jak praca, ciepło i wydajność. Jak określić i zmierzyć kwantową pracę jest niejasne, z powodu kwantowej niepewności: na przykład, zmierzenie energii systemów kwantowych zmienia tę energię.

Jako wynik, różni badacze zaproponowali różne definicje kwantowej pracy. Nazwy definicji przypominają gatunki zwierząt. Definicja związana z kolibrem wymaga zmierzenia systemu kwantowego bardzo delikatnie, aby zakłócić energię tylko lekko - tak lekko, jak gdyby skrzydła kolibra wywołały dźwięk obok twojego ucha Definicja 'gnu' trzyma się wartości średniej całej wielkości, skupiając się na średnich wymianach energii. Jest także cała masa innych definicji, składających się na kwantową termodynamikę.



5. Jak na to spojrzeć, to całkiem przypomina termodynamikę...

W rezultacie, różne definicje prowadzą do różnych kwantowych relacji fluktuacyjnych. To samo jest prawdą dla różnych definicji zaadaptowanych dla innych ustawień fizycznych. Niektóre relacje są łatwe do zbadania eksperymentalnie, podczas gdy inne są bardziej abstrakcyjne i teoretyczne. Niektóre opisują cząstki wysokoenergetyczne, jak zderzenia cząstek w CERNie, inne opisują chaos we wnętrzu czarnych dziur, inne opisują rozszerzanie się wszechświata. Eksperymentalnie przebadano niektóre z kwantowych relacji fluktuacyjnych - z uwięzionymi jonami, kwantowymi kropkami i wieloma innymi. Jednym słowem – w najbardziej nieoczekiwanych miejscach i najbardziej egzotycznych przypadkach używa się relacji fluktuacyjnych.

Czy otrzymamy jedną, królującą równość? Wydaje się, że nie. Pewne definicje i równania są odpowiednie dla jednych, a inne dla drugich systemów, w zależności jak je rozumieć i jak je mierzyć.

Wielość kwantowych relacji fluktuacyjnych stoi w sprzeczności do jedności, którą uwielbia i nagradza fizyka, tak jak długo szukana Teoria Wszystkiego, która ma zunifikować wszystkie siły fundamentalne. Może któraś zasada zunifikuje wszystkie kwantowe relacje fluktuacyjne, pokazując, że każda z nich jest stroną tego samego medalu? Albo - termodynamika kwantowa jest po prostu bogatsza niż inne dziedziny fizyki. Bogatsza, bo trudniejsza. Bo trudniej jest być bogatym, niż biednym.


niedziela, 29 marca 2026

#84 Dziś będzie entropicznie, czyli Entropijna Teoria Grawitacji

 


0. Wstęp.

Dziś o Newtonie. Zieeeew. Późno już, i będę przynudzał. O tym jak to jabłko wytyczyło nowy kierunek w fizyce. To bujda na resorach. Newton nigdy nie leżał pod drzewem i nie spadło mu na głowę jabłko, po czym nie krzyknął, rzekomo, Eureka! A może to Euklides? A może Platfusonides? Tak, wiem, moje suchary robią się coraz cięższe. Tak ciężkie, że zaraz spadną mi na głowę. Może odkryję to, że nie powinienem żartować z fizyki? Ale skoro inni mówią o fizyce jąder, to moje niewinne żarciki są chyba na miejscu. Z nastawieniem na chyba.

Entropia i grawitacja. Co mają wspólnego te dwa zagadnienia? Zaraz Wam wyłuszczę, to znaczy opowiem. Celowo używam staromodnego słownictwa, takiego jak np. 'Serwus' zamiast cześć, bo przecież młodzieniaszkiem już nie jestem. Nie chcę sobie odejmować lat. Jestem z Wami szczery. Naprawdę. Przepraszam za żart o fizyce jąder, ale musiałem! Rozumiecie, ze człowiek czasem musi, inaczej się udusi? Te moje żarty też są po to. Żeby się nie zadusić tą trudną fizyką :)

1. A więc... 

(nie zaczyna się zdania od więc, ale skoro jestem Tłukiem tak jak Wy, to mi wybaczycie) Sir Issac Newton. Zaraz, gdzie ja to miałem. Zdjęcie Isaaca gdzieś mi wypadło w autobusie, zrobiłem sobie z nim selfie bo spotkałem go w rynku. Wszystko mi opowiedział. A selfie robiłem Polaroidem.

Onże nigdy nie był zadowolony ze swojego prawa powszechnego ciążenia. Tego, jak je sformułował. Przez dekady po opublikowaniu go w 1687, poszukiwał odpowiedzi, jak to możliwe, że dwa obiekty umieszczone z dala od siebie przyciągają się. On i jego współpracownicy opracowali kilka modeli, w których grawitacja nie była przyciąganiem, ale pchaniem. Na przykład, przestrzeń może być wypełniona niewidocznymi cząstkami, które bombardują obiekty ze wszystkich stron. Obiekt od swojej lewej strony absorbuje cząstki przylatujące z lewej, po prawej absorbuje te przybywające od prawej strony, a efektem jest popychanie obiektu.

Te teorie nigdy dobrze nie działały, dopiero Albert Einstein dostarczył głębszego zrozumienia, ano takiego, że grawitacja to zaburzenie czasoprzestrzeni. Ale rozwiązanie Einsteina przyniosło nowe pytania, a on nigdy nie uznał swojej ogólnej teorii względności ostateczną. Dlatego pomysł, że grawitacja jest sumą pewnych oddziaływań, a nie siłą fundamentalną, dalej zajmuje fizyków. Otóż, może ona być rezultatem zachowań w mniejszej skali.

W tym roku fizycy teoretycy z pewnego igloo nad jeziorem genewskim przedstawili coś, co może być uważane za nowszą wersję 17-wiecznego modelu mechanicznego. Daniel Carney twierdzi, że może istnieć pewnego rodzaju gaz albo system termiczny, którego możemy nie dostrzegać bezpośrednio. Losowo wchodzi on (nie Carney, tylko gaz) w interakcję z masami w pewien ściśle określony sposób, tak, że w uśrednieniu tej interakcji widzimy wszystkie zwykłe zachowania grawitacyjne, Słońce krąży wokół Ziemi (ups, zapomniałem uwzględnić teorię kopernikańską, no ale przecież mówimy o Newtonie, każdy mógł się pomylić ;)), ziemniaki spadają nam na głowy z jabłonek, gdy leżymy sobie pod słoneczkiem. I tak dalej.



2. Projekt Entropia.

Ten projekt jest jedną z wielu możliwości, jakie uwzględniają fizycy w poszukiwaniu zrozumienia grawitacji. A także - uginającego się kontinuum czasoprzestrzennego samego w sobie, jako emergentnego (wyłaniającego się z...) z głębszej, bardziej mikroskopowej fizyki. Myśl Carneya biegła tak szybko, że nie zdążyłem jej zapisać. Żartuję. Carney opracował coś w stylu Grawitacji Entropijnej. Też szybko, jak myśl, pach, pach! Tak myślą fizycy, właśnie tak, pach, pach ;) Dobra, kontynuujmy po dygresji. Głupio mi, że tak się wygłupiam, ale liczę na to, że zrozumiecie. Miałem ciężki dzień.

Co tłumaczy fakt, że doskonale rozumiem tok rozumowania Carneya. Trzeba być naprawdę zwichrowanym, by takie rzeczy rozumieć, pisać o nich i czytać ;)

Ta entropijna grawitacja jest rezultatem mikroskopowej fizyki cieplnej. Mówi, że grawitacja jest wynikiem dosłownie żonglowania i mieszania się cząstek - i podobno jest efektem, który powoduje zaistnienie entropii, pobieżnie rozumianej jako stopnia nieporządku układu. Te prawa rządzą bojlerami, silnikami samochodowymi i lodówkami. Pralkami - nie wiem, trzeba by zapytać Carneya, ale on może nie wiedzieć, co to pralka. Tak zakręceniu są fizycy ;)

Pomysły, aby przedstawić grawitację jako efekt wzrastania i występowania entropii jest znany od kilku dekad. Grawitacja entropijna ma niewielu zwolenników, ale nawet przeciwnicy nie są za tym, by ją sprzątnąć z powierzchni ziemi. Nowy model ma te przewagę, że jest eksperymentalnie sprawdzalny - to rzadkość w egzotycznych teoriach przyciągania grawitacyjnego.


3. Wyłania się moc, używamy jej oczywiście na Lordzie Vaderze. A przepraszam, wyłania się siła. Moc to wielkość fizyczna ;)

Teoria Einsteina jest tak wspaniała nie tylko dlatego, że jest działającą i wysublimowaną matematyczną koncepcją, ale także dlatego, że sama o sobie mówi, że jest niekompletna. Ogólna teoria względności przewiduje, że gwiazdy zapadają się do czarnych dziur i że grawitacja w ich centrum staje się nieskończenie silna. Wtedy kontinuum czasoprzestrzenne dosłownie rozrywa się, a teoria nie wie, co ma robić dalej. To znaczy brakuje jej przewidywań, co następuje po takim rozerwaniu. Poza tym, ogólna teoria względności nieodzownie wykazuje podobieństwa do fizyki ciepła, pomimo, iż nie została w niej zawarta żadna wzmianka o wielkościach termicznych. Einstein pokazuje w ogólnej teorii względności, że czarne dziury tylko rosną i tylko pochłaniają. Taka nieodwracalność jest charakterystyczna dla przepływu ciepła. Kiedy ciepło przenosi się, energia przybiera bardziej losową lub inaczej mówiąc, zdezorganizowaną formę. Kiedy już ów fakt nastąpi, proces odwrotny jest wysoce nieprawdopodobny. Entropia jest liczbą takiego zdezorganizowania. A raczej wielkością fizyczną, która opisuje stopień chaosu.

W rzeczy samej, kiedy fizycy użyli mechaniki kwantowej do opisu sytuacji zachodzących w otoczeni czarnej dziury, w zagiętej czasoprzestrzeni, okazało się, że czarne dziury wydzielają energię jak każde gorące ciało. A ponieważ ciepło jest losowym ruchem cząstek, te efekty cieplne wskazują i wielu badaczy przyjmuje to za pewna wskazówkę, że czarne dziury i kontinuum czasoprzestrzenne ogólnie rzecz biorąc, składają się z pewnego rodzaju cząstek lub innych mikroskopowych składników.

4. Czarne dziury i entropijna grawitacja.

Podążając za wskazówkami, jakich udzielają czarne dziury, fizycy spoza igloo nad jeziorem genewskim próbowali dotrzeć do faktu, jak czasoprzestrzeń me wyłaniać się z mniejszych komponentów. Wiodącą teorią jest zasada holograficzna. Mówi ona, że wyłanianie się czasoprzestrzeni działa trochę jak kilogram. Hologram. Tak, jednak hologram, sprawdziłem w swoim słowniku język polskiego w głowie. Bo brzmią podobnie... Każdemu... itp. ;)

Tak samo, jak hologram przywołuje głębię z falowanego wzoru wplecionego w swoja płaską powierzchnię, tak wzory mikroskopijnych składników mogą dać efekt powstania nowego wymiaru przestrzennego. Ten nowy wymiar jest zagięty, a grawitacja powstaje jako efekt istnienia tego wymiaru.

Grawitacja entropijna, wprowadzona w 1995 roku przez słynną żabcię Monikę i Kulfona, eee, to nie ta bajka (ale też bajka, bo fizyka to piękna bajka, nie uważacie? :)), raczej przez Teda Jacobsona z Uniwersytetu w Maryland (Krainy Maryli, albo Krainy Marii), wprowadza istotny fakt do dyskusji. Poprzednio fizycy rozpoczynali od teorii Einsteina i wnioskowali z niej o konsekwencjach termodynamicznych układów. Ale Jacobson obrał inną ścieżkę. Rozpoczął od założenia, że czasoprzestrzeń ma właściwości cieplne i użył ich do rozwinięcia równań ogólnej teorii względności. Jego praca dowiodła, że istnieje istotny związek między grawitacją a ciepłem. Jak się przyciągamy, czyli przytulamy, robi się cieplej. Phi, też mi odkrywca ;)

Jak grawitacja mogła wyłonić się z mikroskopowych składników? Carney inspirował się pracą Jacobsena. Miał kilku współautorów ale to były foki i szczury, dlatego nie przytoczę ich nazwisk. Żartuję, nie chce mi się ;)


5. Dwa modele grawitacji entropijnej.

W pierwszym - przestrzeń jest wypełniona krystaliczną siecią cząstek kwantowych lub kubitów. Każdy z nich ma orientację, jak igła kompasu. Te kubity przypisują się do bliskich sobie obiektów o danej masie i wywierają na obiekt działanie siłą. Jeśli położymy na tej siatce obiekt posiadający masę, bliskie mu kubity spolaryzują się. Wszystkie będą próbowały poruszać się w jednym kierunku. Poprze reorientację kubitów, obiekt posiadający masę tworzy kieszeń ścisłe uporządkowanych kubitów, w przeciwieństwie do innych kubitów, które są losowo zorientowane. Kiedy umieścimy drugi obiekt w siatce, tworzymy dwie kieszenie zorientowanych kubitów. Wysoki poziom uporządkowania oznacza niską entropię. Ale naturalnym ruchem w naturze, jak i tego systemu, jest kierunek od mniejszej entropii ku większej.

Teraz, uwaga. Masy reorientują kubity, a kubity owijają, tak, dosłownie owijają masę (tworzą tzw. kwantowy kebab ;)), wynikiem sumy tych dwóch działań będzie ściśniecie się mas, aby zamieścić uporządkowanie na mniejszym obszarze. Będzie to wyglądało tak, jakby dwie masy przyciągały się grawitacyjnie, kiedy w istocie kubity odwalają całą robotę. A jak mówi prawo Newtona, pozorne przyciąganie będzie równało się kwadratowi odległości między masami.

Model drugi. Drugi model, a raczej model drugi, czy też drugi model, inaczej zwany modelem drugim, w pewnych kręgach określany jako drugi model, a szczury... 

Ten model drugi pozbywa się siatki. Masywne obiekty wciąż znajdują się w obrębie przestrzeni i działają na nie kubity, jednakże tutaj te kubity nie znajdują się w bezpośrednim otoczeniu obiektów i mogą znajdować się daleko od nich. Carney twierdzi, że ten model powinien uczynić zadość newtońskiej nielokalności grawitacji. Każdy obiekt we Wszechświecie  działa na każdy inny, do pewnego stopnia.

Każdy kubit w tym (a jakże) modelu może przechowywać pewna ilość energii. Wielkość ta zależy od odległości między masami. Kiedy są daleko od siebie, pojemność energetyczna kubitu jest wysoka, tak, że ogólna energia systemu może zmieścić się w zaledwie kliku kubitach. Ale kiedy masy są blisko siebie, zasobność na energie każdego kubitu spada, tak, że ogólna ilość energii rozkłada się na więcej kubitów. Końcowa sytuacja odnosi się do stanów o wysokiej entropii, a naturalny odruch systemu popycha masy do siebie. To po to, aby zachować zgodność z newtońską teorią grawitacji.

6. Wady i zalety, plusy i minusy, koty i psy.

Carney doradza ostrożność. Nie ma dowodu na istnienie owych kubitów. Jest to teoria trochę na pokaz - okazuje się, ż można ująć grawitację w inny model, a i tak będzie działał. Można po prostu inaczej wyjaśnić grawitację, niekoniecznie w sposób realistyczny - i tego dowiódł Carney. Fajnie, ale po co?

Owa teoria pokazuje, jak wspaniała i daleko idąca w konsekwencjach dla funkcjonowania całego Wszechświata jest teoria grawitacji. A jak w praktyce? Czy da się przetestować entropijną teorię grawitacji?

Otwiera ona nowe ścieżki rozwoju dla fizyki doświadczalnej. Okazuje się także, że pewne zachowania kubitów mogą przypominać kwantowo mechaniczne zachowania cząstek, np. zachowywać stan superpozycji, a także, że kubity będą dążyć do wyrwania obiektu z o dużej masie z tego stanu.

7. Na koniec coś ekstra - kolaps funkcji falowej a grawitacja!

Kolaps funkcji falowej mikroskopowego obiektu to stan, w którym po dokonaniu na nim pomiaru (obserwacji), jego stan z superpozycji (czyli przebywania w kilku miejscach jednocześnie) zapada się do jednego wyniku. Niektórzy fizycy uważają, że ten kolaps dokonuje się ze względu na jakąś wewnętrzną właściwość Wszechświata - jego losowość. Tzn., że jest on fundamentalnie losowy... Te propozycje różnią się w szczegółach od tej Carneya, ale mają podobne mierzalne konsekwencje. Przewidują, że izolowany system kwantowy w końcu dokona kolapsu w sobie tylko znany sposób, nawet, jeśli nigdy nie będzie poddany aktowi obserwacji. Jedna z fok, towarzysząca Carneyowi w eksperymentach, dowiodła, że można żonglować piłeczkami nawet jedną płetwą.

A poważnie, asystent Carneya już wykluczył pewne modele kolapsów w teorii entropijnej. Kwestia czasu, gdy wskazane zostaną inne własności kwantowe wynikające z entropijnej grawitacji. Najpierw ogólna teoria względności, teraz mechanika kwantowa. Widzicie, że entropijna grawitacja zahacza o dwie sprzeczne ze sobą ale wielkie i działające teorie?

Grawitacja entropijna stoi w szeregu z teoria holograficzną jako niesprawdzona i nie dowiedziona, ale jakże ciekawa. Wręcz porywająca. Może grawitacja to nie pomysł, idea, prawo, ale tylko tendencja statystyczna?

Tako rzecze @diesphys.

I koniec.

piątek, 20 marca 2026

#83 Światło vol. 2, czyli Nosisz, Uszysz i Oczysz je w sobie



0. Wstępniak okolicznościowy.

Witam ponownie. Tym razem, w odróżnieniu od poprzedniego tematu, zajmiemy się światłem. Wyjątkowo, skoro okoliczności pozwalają, nie będę się rozwlekał, to ma być druga część. Podobno. Dziś gościnnie wystąpią u nas literki 'Ś', 'C', oraz liczba 300. To nie będzie tych trzystu z filmu, jeszcze by mi tu obory narobili. Mam nadzieję, że domyślacie się, dlaczego zaprosiłem do nas akurat te literki i tę liczbę. Nie? 

O, Wy, Tłuczyska. To ja się tu produkuję i wypacam co mam najlepszego spod klawiszy, a Wy nie potraficie zapamiętać, że 'Ś' to światło, 'C' to prędkość światła, a 300 to liczba tysięcy kilometrów na sekundę, jaką przebywa światło? Na sekundę?! No, trzysta! Wiecie co, nawet ja się mylę, tak naprawdę jestem podjarany tym, że mogę znowu do Was przemawiać z ambony Fizyki dla Laika. A propos nazwy, jakaś babka wydała książkę pod dość znajomo brzmiącym tytułem 'Fizyka dla Laika'. Obrażam się i podaję do sądu. Ja byłem pierwszy. Jakbyście nie wiedzieli, kto wymyślił, to ja - 10 lat temu.

Ale do meritum.

1. Co do babć wypadających z bamboszy, odnośnie pierwszego tematu.

Na czym ja to skończyłem? A na, podawaniu do sądu. Może przełóżmy tę kwestię gdzie indziej, a raczej wystrzelamy ją z plagiatem na Księżyc.

Co się tyczy bamboszy, na pewno uznacie fakt, że foton podróżuje bez czasu, za jakąś bzdurkę. Fizyczną, laiczną, tłuczyskową. Skoro bez czasu, to panie, jak się mówi, skąd te 300,000 km na sekundę? I pewnie bystrzejsi z Was powiedzą: 'Kolego, foton potrzebuje 8 minut, by dotrzeć ze Słońca do Ziemi. Co ty na to, tępa strzało?'. Ci bystrzejsi, na pewno tak powiedzą. Widzę to w Waszych oczach. 

A te, skoro jeszcze nie są jak spodki, będę się produkował dalej. Jeśli mógłbyś lecieć razem z fotonem, czego nie da się zrobić, ale przyjmijmy to na chwilę jako eksperyment myślowy; wtedy czas w ogóle nie płynie. Foton opuszcza Słońce (chlip, chlip), podróżuje 150 milionów kilometrów do Ziemi, nasze zegary mierzą 8 minut. Ale dla fotonu czas wynosi ZERO. Jest emitowany i absorbowany w jednej i tej samej chwili. Foton nie doświadcza 'podróżowania'. Nie doświadcza tak naprawdę niczego. Pojawia się w jednym miejscu a zaraz potem w innym, tylko że to zaraz nie istnieje - podróżuje bez czasu pomiędzy tymi dwoma zdarzeniami.

Z punktu widzenia światła nie było żadnej podróży. Coś Wam jednak powiem. Mogę? Ha, mogę, bo to mój blog, i mogę pisać, co chcę, byle się zgadzało z fizyczną wiedzą. Mogę też dla jaj zakończyć w tym miejscu. Wiem, że przeczytacie. Przecież tak się Wszyscy lubimy ;)

Kiedy opisywałem perspektywę fotonu, trochę minąłem się z prawdą, ponieważ słowo 'perspektywa' odnosi się do obserwatora, a foton nie ma masy. A szczególna teoria względności doznaje lekkiego zakłopotania, kiedy punktem odniesienia jest coś bez masy. Prawdę mówiąc, nie daje ona odpowiedzi faktycznej dla czegoś, co nie ma masy, załamuje się. No ręce opadają, jednym słowem, szczególna teoria względności załamana, Albert Einstein płacze, a fotony, cóż fotony świecą oczami, bo to takie małe świecące kuleczki. Żartuję, oczywiście.

Dlatego kiedy mówię, że foton ma perspektywę, ekstrapoluję naszą intuicję do czegoś, co w rzeczywistości nie może mieć perspektywy. Nie można sobie lecieć z fotonem. Matematyka tego zabrania. Matematyka nie w pełni pozwala na nazywanie czegoś 'perspektywą fotonu'. To ważne rozróżnienie. Fizyka to jest takie coś, co mówi o tym, co pokazują nam równania. Nie jest historyjką o równaniach, czy innym opowiadaniem znad rzeki. Historyjki i filozofia są przydatne, ale to nie to samo, co fizyka.

Dobra, powiedzieliśmy, że światło to fala elektromagnetyczna. Podróżuje przez pusta przestrzeń bez poruszania się jakiejkolwiek masy, i ma prędkość stałą dla wszystkich obserwatorów. A ze swojego punktu widzenia, nie doświadcza czasu. I jego upływu.



2. Nadchodzi wiek 20 i mechanika kwantowa.

Co takiego zaś mówi o świetle mechanika kwantowa, bo z klasycznego i relatywistycznego punktu widzenia wiemy tyle, że możemy wykładać na Sorbonie?

Okazuje się, że na początku wieku XX wkradło się do fizyki cos takiego, jak efekt fotoelektryczny. Świecisz sobie na jakiś materiał, a tu wylatują elektrony. Tak w skrócie można opisać efekt fotoelektryczny, za który Einstein dostał Nobla. Naprawdę :)

Ale, jest pewien problem. Energia wylatujących z kapelusza Białego Królika fotonów nie zależy od jasności światła. Zależy zaś od częstotliwości, koloru światła, inaczej mówiąc. Jasne czerwone światło nie powoduje wypadania żadnych elektronów. Przyciemnione niebieskie światło wywołuje elektrony do tablicy z zakamarków kapelusza Białego Kapelusznika, Alicji, zaraz, to nie ta bajka. Wracać do nory!

Rozlazły mi się zwierzęta i baśniowe chochliki. Zawsze się pojawiają, gdy piszę o fizyce. Zawsze. Na przemian z białymi myszkami i zielonymi słoniami. Mam ich pełno w pokoju. Powaga, pomagają mi pisać, te głupie żarciki wyskakują wtedy, gdy na attosekundę przejmują kontrolę nad moją świadomością, ja jestem śmiertelnie poważny. Gdzie mi by było do obśmiewania naukowców z XX wieku, którzy maja młotki jak w mojej grafice. Ot, kwantowa mechanika.

Obraz falowy nie tłumaczy efektu fotoelektrycznego. Jeśli światło byłoby falą, wtedy jaśniejsze światło oznaczałoby  więcej energii. I wiązałby się ów fakt z innym, zaprzyjaźnionym sobie faktem, że jaśniejsze światło wystrzeliwuje elektrony z materiału mocniej. Ale, tak się nie dzieje. Einstein w roku 1905, tym samym, w którym ogłosił światu szczególną teorię względności, powiedział, tak, powiedział, do siebie w łazience przed lustrem, i tak wiadomość obiegła cały świat, że światło przenosi się w skwantowanych pakietach, małych wycinkach. Każdy pakiet ma energię, która zależy od częstotliwości. E = h*f. H to stała Plancka, kolejnego lizusa i placka fizyki kwantowej, f to częstotliwość. Pojedynczy pakiet ma wystarczająco energii, by wybić elektron, albo nie ma. Większa jasność to tylko więcej pakietów, nie więcej energii na pakiet. Kumacie? Już słyszę rechot żab. Tak, kumamy.

Jeśli pakiet nie jest wystraczająco energetyczny, żaden elektron się nie pojawi. Nieważne, ile ich wystrzelimy w kierunku badanego materiału. Te pakiety, to fotony. Robi się teraz trochę dziwniej, bo światło to i fala i, jak się później okazało, także cząstka. Można je wykryć raz od czasu, jakbyście mieli przypadkiem taki detektor promieniowania, licznik Geigera znaczy, to można zaobserwować takie tyknięcia.

Już widzę jak, to mógłbym inaczej wytłumaczyć. Pyk, foton, pyk, foton. Ale nie zniżajmy się do poziomu piaskownicy. Na pewno już wszyscy jesteśmy wystraczająco dorośli, by uznać wyższość licznika Geigera nad pykaniem.

Można je wykryć, jeden po drugim. Przyciemnione światło wystrzeliwuje jeden foton za każdym razem. Jeśli mamy wystraczająco czuły detektor, słyszymy 'klik, klik'. Ja mam, słyszę klikanie, a może to tylko klawisze od komputera? Już nie wiem, czy jestem fizykiem, czy pisarzem. Wybaczcie.



3. Eksperyment z dwoma szczelinami, czyli doświadczenie Younga. (a raczej Olda, bo to było 100 lat temu ;))

Jeśli te fotony wystrzelimy w coś, co ma dwie szczeliny, taką barierę z dwoma dziurami, każdy foton przejdzie przez...

Tam tara ram tam tam…

… dwie szczeliny jednocześnie. To nie żart. To pisałem ja, Tomasz Dawidowicz, a nie moje białe myszki ;)

Jak to? A tak to, że gdy na ekranie detektora za barierą, tam gdzie powinny lądować fotony, powstaje obraz interferencyjny, czyli po prostu obraz nakładających się na siebie fal. Ale przecież my wysyłamy, oprócz czasem poczty gołębiami, jeden foton na raz! Nie ma co z czym interferować! A widzicie. A widzicie! Tu przydaje się ja, jako fizyk. Bo ja Wam mogę to wyjaśnić ni mniej ni więcej tak, że foton interferuje sam ze sobą. Gdybym dopuścił jakiś żart, cały temat runąłby. W tym momencie nie pora na żarty, tylko na prawdziwy zachwyt nad niesamowitością i pięknem Natury :)

Mało tego. Gdybyśmy próbowali wykryć, przez którą szczelinę przeszedł foton, zniknąłby obraz prążków interferencyjnych na detektorze za szczelinami. Foton wtedy przechodziłby grzecznie jedna cząstka po drugiej, przez jedną bądź drugą szczelinę, jak zwykła cząstka. Na detektorze pojawiają się dwie kupy (parszywe gołębie! Bujajcie się!), eee, to znaczy, już ścieram, dwa stosy cząstek, po jednej na każdą szczelinę. Próba podejrzenia drogi fotonu kończy się zniszczeniem obrazu interferencyjnego.

To doprowadzało Einsteina do białej gorączki. Nigdy się z opisanym faktem nie pogodził. Chodzili za nim, tłumaczyli, a on nie! Sam odkrył i się wygłupia, co najśmieszniejsze. Nie zaakceptował tak naprawdę własnego odkrycia. Mówił, że 'Bóg nie gra w kości z Wszechświatem'. A jednak, teoria działała. I działa do dzisiaj, choć nie wiemy nadal, dlaczego. Teoria kwantów przewiduje wszystko, co do tej pory zmierzyliśmy. Jest precyzyjniejsza niż jakakolwiek inna teoria w fizyce. Całej fizyce. Jest po prostu świetna.

Elektrodynamika kwantowa, kwantowa teoria materii i energii, jest najlepiej przebadaną teorią w fizyce. Jej przewidywania sprawdzają się do 10 miejsc po przecinku, zero, przecinek i dziesięć zer. A na końcu...

Czym więc jest właściwie światło? Falą czy cząstką?

4. Z dwojga złego, na dwoje babka wróżyła, tak czy nie, kurde...

… Otóż nie jest ani tym, ani tym. Powiedzcie to Ani. Zabije Was i nasmaży Plancków, a nie zrozumie. Trochę się zapędziłem myślami, ale wiecie, tak to jest, gdy Wam coś łazi między palcami. Może to korniki z mojej maszyny do liczenia, mojego drewnianego Atari?

Światło jest tym, na co nie mamy dobrego klasycznego odpowiednika, czegoś z naszej codzienności. Słowo fala i słowo cząstka to zwykłe ludzkie wynalazki, bazujące na logice dnia codziennego, dla dużych, klasycznych obiektów, fali na wodzie, kul bilardowych. Natura na poziomie kwantowym nie jest zmuszona do mieszczenia się w naszych pojęciach; robi coś po swojemu, tak, że nie jesteśmy w stanie nadążyć, ani sobie wyobrazić. Jest to prostu efekt świetlny. To, co mamy, to matematyczna rama, która mówi nam dokładnie o prawdopodobieństwie znalezienia fotonu w danym miejscu. Funkcja falowa, bo taki instrument mamy, to fala. Ma częstotliwość, długość fali i interferuje, czyli nakłada się sama na siebie. Ale kiedy wykrywamy foton, otrzymujemy go w dokładnej lokalizacji jako cząstkę. Tam, gdzie funkcja falowa ma wysoką amplitudę, jest większa szansa, że go znajdziemy. I odwrotnie, gdzie fala jest niska, tam mało prawdopodobne, że znajdziemy foton. A kiedy ją badamy, kiedy dokonujemy pomiaru, kiedy ktoś patrzy (tak jak w eksperymencie z dwiema szczelinami Młodzieniaszka), funkcja falowa dokonuje kolapsu do tego punktu. Nie patrzysz - fala, patrzysz, kolaps i cząstka.



5. A teraz najlepsze, czyli najgorsze.

Kiedy foton podróżuje z punktu A do punktu B, nie wygląda to tak dobrze, by pomogła nam mechanika klasyczna. Ot, kulka toczyłaby się z jednego miejsca do drugiego. Prawidłowo na to zagadnienie odpowiada mechanika kwantowa, bo foton nie podróżuję prosta linią. Porusza się za to po... każdej możliwej trajektorii!

Każdy foton podróżujący z A do B leci jednocześnie każdą możliwą ścieżką, poprzez bezdroża Antarktydy i ciasne szczeliny grawastarów. A także, oczywiście, i to jest tylko jedna z opcji, prosto z A do B. Zygzaki, ślimaki, korniki. Do Jowisza i z powrotem. Wszystkie te ścieżki dokładają się do jednej strzałki, a każda z nich jest maleńką strzałeczką, amplitudą, a sumujemy wszystkie te małe strzałeczki, by otrzymać naszą jedną, prosta strzałę. Leciała cząstka jak strzała, i strzała jak leciała, to znaczy strzała też leciała ;)

Większość z tych strzałeczek anuluje się sumując ze sobą, ponieważ lecą one w losowych kierunkach  i w sumie dają zero. Ale strzałki blisko klasycznej strzały, tej od punktu A do B, prostej linii, blisko ścieżki o najniższym czasie podróży, te się nie zerują. W rezultacie otrzymujemy fakt, że foton zachowuje się, jakby podróżował po prostej linii. Klasyczny obraz mówi, że porusza się w linii prostej od A do B, ale światło nie trzyma się zasady podróżowania po linii prostej, na fundamentalnym poziomie. To tylko efekt zsumowania wszystkich małych strzałek, dróg, po których poruszało się światło, a raczej foton.

Linia prosta jest tak zwaną emergentną, czyli wypadkową wszystkich możliwych dróg.

Wszystkie głupie niedobre ścieżki się zerują, przetrwała tylko linia klasyczna i to mówi nam mechanika kwantowa... Prawo odbicia, refrakcji, prosta linia rozchodzenia się świtała, wszystko z tego wynika. Wszystko, to wszystko. Phi.

6. Końcówka, Moi Drodzy, brawo dla bohaterów, którzy doczytali do końca. W nagrodę - e-uścisk od Autora :)

Co wiemy o świetle?

Tak naprawdę… coś rozchodzi się od źródła do detektora. Porusza się ze stałą prędkością C w próżni, dla wszystkich obserwatorów. Wiemy, że to, co się rozchodzi, mianowicie, nie wiemy o co się rozchodzi, ale chodzi o to, że... :)

Już teraz jaśniej, bo przecież to temat o świetle. To co się przemieszcza ma własności fali. Ma częstotliwość, długość fali, interferuje samo ze sobą. Ale ma też własności cząstki. Dociera do detektora w dyskretnych pakietach, kliknięciach na detektorze, przenosi także energię równą (h) * swoją częstotliwość. Foton ma zerową masę. I właśnie z uwagi na powyższy fakt, może poruszać się tylko i wyłącznie z prędkością światła. Nigdy szybciej, nigdy wolniej. Do trzystu wolno mu tylko zliczyć. To w próżni. Wiemy też, że z relatywistycznego punktu widzenia czyli stamtąd, gdzie siedział Einstein, właściwy czas dla fotonu wynosi zero. Nie doświadcza on trwania.

Czego nie wiemy o świetle?

Nie wiemy tego , co dzieje się z fotonem między emisją a detekcją. Tak, może to brzmi dziwnie, ale wiemy, że jest w punkcie A i B, a co pomiędzy - tak naprawdę nie wiadomo. Piknie. Co robi foton, gdy nikt nie patrzy? Czy fala jest rzeczywista? Czy rzeczywista jest korpuskularność, czyli cząsteczkowość? Te pytania mogą na zawsze pozostać bez odpowiedzi, bo odpowiedzi zależą od tego, jakie zadamy i jak zadamy pytanie... Natura robi cos w sekrecie przed nami. Pytanie, przez którą szczelinę przechodzi światło, gdy nie patrzymy, może nie mieć żadnej odpowiedzi. To nie kwestia naszej wiedzy. To kwestia tego, jak naprawdę, na atomowym poziomie, funkcjonuje Rzeczywistość.

Tak właśnie jest rozumiane zdanie, że nikt nie rozumie mechaniki kwantowej. Nie dlatego, że równania są zbyt skomplikowane, bo nie są, ale ponieważ dlatego, że równania nie opowiadają żadnej historyjki. Dają wyliczenia. Zadajemy pytanie, otrzymujemy prawdopodobieństwo, a ono jest zgodne z obserwacją. Ale na pytanie o to, co się dzieje z fotonem między detektorem a źródłem, nie otrzymamy jasnej odpowiedzi. Możemy zapytać filozofów, ale oni raczej zadymiają niż rozjaśniają. Tam, gdzie powinna się znajdować fizyka, mamy filozofię, i to jest właśnie bardzo niewiarygodne. Światło podróżuje? Tak. 300000 km/s? Tak. Jest falą? Tak. Jest cząstką? Tak. Czy coś się fizycznie porusza? Cóż, zmieniają się wartości pól. Pola - elektromagnetyczne i elektryczne oscylują, ale nic nie jest transportowane. Czy mija czas podczas tej podroży? Nie, z punktu widzenia fotonu, ale czy można o takiej perspektywie mówić z matematycznego punktu widzenia? Nie. Ale żaden czas nie upływa. Czy foton porusza się po linii prostej, czy tak uczy mechanika kwantowa? Tak, ale tylko dlatego że niewiarygodne ścieżki się zerują.

Czym jest światło? To kwant pola elektromagnetycznego. Coś, co jest falo i cząstko podobne, coś co porusza się bez pośrednika, z prędkością ściśle wyznaczoną i tylko z nią, czymś co obiera wszystkie ścieżki jednocześnie i najczęściej się zeruje, a co dociera do detektora jako klik. Czy tam, pyk.

Tak wygląda światło, kiedy Natura, a nie człowiek, rysuje obraz.



środa, 18 marca 2026

#82 Światło, nosisz je w sobie, albo nie, czyli Światło vol.1


0. Wstępniak.

Dzień dobry (cześć i czołem). Dziś będzie śmiesznie, strasznie, choć jasno jak w dzień. A że mamy wieczór, myślę że dobrze przeczytać ten kawałek. Dziś będzie o świetle. Pozwólcie, że wyjaśnię.

Rok mnie nie było, byłem w Rio, byłem w Bajo, itp. Nieważne, prawda? Ważne, że dziś spotykamy się w starym dobrym gronie, jesteśmy jak rodzina, czyli w rodzinnym winogronie. I tak dalej. Nie chcę Wam już na wstępie robić kisielu z mózgów moją paplaniną, za chwilę będzie coś z sensem. Ale póki co...

Tralalalalala.

No dobra, kiepski żart. Zacznijmy już, bo zaczynam się niepokoić, co jeszcze wyskoczy mi spod klawiszy. Może jakieś muchy, bo dawno nie pisałem.

1. To jest blog fizyczny, temat o świetle, czy to jasne?! ;)

Chciałbym rozpocząć czymś kompletnie oczywistym. Światło podróżuje, prawda? Można włączyć lampę, a światło grzecznie przemieści się z żarówki, uderza w ścianę, a Ty widzisz ścianę. Proste. Światło sobie podróżuje. Wiemy to od wieków (niektórzy od dzisiaj, ale nimi się nie przejmujmy, to Tłuki ;)). Ale dzisiaj uderzę prosto w serce tego zdania: światło PODRÓŻUJE. Lecz jeśli spytacie się mnie, CO tak naprawdę podróżuje, naprawdę będę rżnął głupa. Dopiero zacznę. Bo nie wiem. Ani ja, ani cała fizyka.

Często najtrudniejsze jest to najprostsze. Np. jak wstać rano z łóżka bez słynnego 'ja pier...'. Albo - zacznijmy po prostu od tego, co mówi Wam wasza intuicja. Pewnie myślicie o świetle o czymś takim, jak o wodzie. A raczej o fali na niej. Wrzucacie słonia (albo kamień) do wody, macie zmarszczki, koła rozchodzą się na zewnątrz. To jest przemieszczanie się. Coś się rusza. Dla wody, będzie to woda, która porusza się, i tu Was zaskoczę, nie wzdłuż stawu (nie wiem, jak wrzucicie słonia do stawu ale to już Wasz problem), ale w dół i górę. Fala to wzór zakłócenia poruszającego się przez ośrodek. Nie pytajcie mnie gdzie jesteśmy. (Staw, słoń ośrodek). To nie ma znaczenia.

Ośrodkiem jest woda. Porusza się wzór fali, owo zakłócenie. Woda zostaje mniej więcej tam, gdzie była (no chyba, że w przypadku słonia). Dlatego ludzie w wieku XIX mówili: 'Cóż, światło to pewnie coś takiego: to taka fala. Dlatego musimy mieć ośrodek, w którym się ona rozchodzi.' 

Naprawdę, chodzili i tak mówili!

Ów ośrodek nazwano eterem. I było to bardzo rozsądne, myśleć sobie o eterze i o fali światła. Fale gdzieś przecież muszą falować, nieprawdaż? Dlatego fale światła także muszą falować sobie w czymś, nie mogą ot tak sobie po prostu być. Ale wtedy nadszedł eksperyment niejakiego Mckllisona (nie znam gościa osobiście, więc nie podałem imienia). A, zapomniałem o panu Malayu. I roku 1887. Zbudowali coś, co nazywa się interferometrem, nie będę opisywał tego urządzenia, chcecie, to sobie poszukajcie w Googlu. Ja nie jestem Google, więc nie podałem tej informacji ;)

To urządzenie pozwoliło na zmierzenie prędkości światła w różnych kierunkach, takich małych, malusieńkich różnic. Wytłumaczę, o co chodzi: jeśli eter istniał, a Ziemia poruszała się w nim, wtedy światło poruszające się kierunku tym samym, co Ziemia, powinno poruszać się ciut wolniej, niż światło poruszające się bokiem do tego ruchu. Coś jak wiosłowanie w górę rzeki, albo z nurtem. To był najlepszy termometr ich czasów, kurde. Przepraszam, interferometr. I co? 

Nie znaleziono nic. Żadnej różnicy. Okazało się, że nie ma czegoś takiego jak eter. Światło nie falowało w... niczym. A raczej, falowało w niczym ;)

2. Zatem co faluje, jeśli nie ma w czym? Nie gadaj tyle synu, tylko wiosłuj.

Co zatem poruszało się, oscylowało, jeśli nie było ośrodka? Do tego jeszcze wrócę. Spokojnie, to nie Wy będziecie wiosłować. Jak nie zapomnę, to wrócę.

Clerk (co za imię, od razu widać, że dziwak, Clark Kent, to rozumiem, ale Clerk Maxwell...) Maxwell udzielił odpowiedzi na to pytanie jakieś 20 lat wcześniej. Chociaż, właściwie, nie zwrócono wtedy na nie większej uwagi, na te cztery równania Maxwella... Wynikało z nich, że pola elektryczne i magnetyczne mogą podtrzymywać się nawzajem. Zmienne pole elektryczne wytwarza pole magnetyczne. A zmienne pole magnetyczne wytwarza pole elektryczne. Niby takie proste, a przez 1860 lat od narodzenia Zbawiciela nikt na to nie wpadł. A Maxwell - tak. Hurra dla niego, wiwat!

Te dwa pola poruszają się przez pustą przestrzeń. I robią to z określoną prędkością, prędkością światła. Maxwell wyliczył te prędkość wprost ze stałych elektryczności i magnetyzmu (stała to taka liczba, która charakteryzuje daną wielkość fizyczną; i tak, mamy np. stałą grawitacji, przez którą trzeba pomnożyć iloczyn mas obu ciał i podzielić ten iloczyn przez kwadrat odległości, jeśli chcemy wyliczyć siłę działającą na ciała w polu grawitacyjnym). Uzyskał 300,000 kilometrów na sekundę, czyli sporo. To prędkość światła.  Te trzy stówy na sekundę. Tak szybko porusza się światło... a, sekundę. Wszystko w swoim czasie ;)

Z równań wynikało też, że światło to zakłócenie elektromagnetyczne. I to jest dziwne. Bo to, co porusza się, oscyluje, nie jest materią. Oscylowatoriuszem jest pole, elektryczne i magnetyczne, skierowane prostopadle do kierunku ruchu, goniące się dosłownie nawzajem przez przestrzeń z prędkością tych trzech stów. Żaden, powtarzam żaden materiał, nic, nie porusza się do przodu. Zakłócenie - to porusza się do przodu. Zmieniają się wartości pól. Ale nie przenoszona jest żadna materia, substancja, po prostu... nic.



3. Robi się ciekawie, bo nagle mamy rok 1905 i Einsteina rozszczepiającego atomy młotkiem w piwnicy dziadka ;)

Otóż, Einstein i jego teorie pojawiły się na zasadzie uprzątnięcia bałaganu, ale tak naprawdę, oznaczały totalna rewolucję. Albercik powiedział: 'Prędkość światła jest taka sama dla wszystkich obserwatorów, nieważne jak szybko się poruszają."

Możesz stać w miejscu, możesz być w rakiecie, która porusza się z prędkością równej połowie prędkości światła, nieważne! Każdy z obserwatorów zmierzy, że światło porusza się dokładnie 299,792,458 metrów na sekundę w próżni. Tak nie działa nasza codzienna intuicja, nieprawdaż?

Jeśli rzucę piłkę z prędkością 90 km/h (no, kawał draba ze mnie, taki rzut) a Ty będziesz jechał w moim kierunku z prędkością 60 km/h, zmierzysz, że piłka zmierza do ciebie z szybkością 150 km/h. Zwykłe dodawanie. Założycie się? Ale ja rzucam piłką, wy jedziecie samochodem, ok? ;)

Cwaniaczek ze mnie, ale nie o to przecież chodzi. Z tymi piłkami i samochodami jest tak, jak przewidział Galileusz. Tak działają wszystkie normalne rzeczy. Ale światło, cóż... No, chyba jest jakieś nienormalne! Zwariowane, znaczy się.

Światło zachowuje się inaczej. Jeśli zmierzysz, biegnąc, prędkość promienia światła skierowanego w Twoim kierunku, będzie ono miało zmierzoną prędkość zawsze taką samą, czyli to słynne C z jeszcze słynniejszego E=(m x c)^2. Emcekwadrat. To już chyba rozumiecie. ;)

A tak w ogóle, coś z tego rozumiecie? Bo jeśli nie to powiedzcie, i skończę pisać, a jeśli tak, proszę o kontakt, przydadzą mi się światli konsultanci.

Żarty żartami, i one na bok. Einstein przewidział jeszcze jedną rzecz: czas i przestrzeń to nie są dwie niezależne od siebie sprawy, jak wcześniej myślano. Są one powiązane i tworzą czasoprzestrzeń. I teraz najciekawsze: Kiedy zaczynamy ruch, czas i przestrzeń tak się zmieniają, tak maleją i rosną, aby dla każdego obserwatora prędkość światła była zawsze taka sama!

Tak jak dzieci, które wymyślają różne historie, aby tylko pozostać niewinnym zjedzonego pączka ze stołu w kuchni. Tak cię urobią, że im uwierzysz, ale pączka nie ma. Dzieci to czas i przestrzeń, zaś pączek to prędkość światła.

Jednym słowem, czas zwalnia, to tak zwana dylatacja czasu, dla poruszających się obserwatorów. Odległość maleje.  Zmierzone w akceleratorach cząstek, jeśliby kto pytał. To nie science-fiction, choć brzmi podobnie. To zwykła fizyka, człowieku ;)

*** A propos Science-Fiction, ktoś ma ochotę na wydanie moich dwóch powieści sci-fi? :D Powieści istnieją, w przeciwieństwie do Autora ;) ***

Im szybciej coś się porusza, tym czas dla tego czegoś płynie wolniej, np. zegary na szczycie Mount Everestu i na Ziemi będą wskazywały, po określonym czasie, różne upływy czasu. Rakieta, która rozpędza się do prędkości światła, ulegałaby coraz większemu skurczeniu.

A co z fotonem, kwantem światła?

Tu sprawy robią się ciekawe, ba, nawet ciekawsze niż ciekawe, rozbijają nasze wyobrażenie o Wszechświecie, jeśli jeszcze o tym nie wiecie. Skala problemu urasta do rangi, czym mógłby oddychać żuk na Marsie, a babcie szydełkujące na fotelach na chwilę wypadają z bamboszy.

Nie chcę jednak Was męczyć, za długo to trwa, kurde, zaczynam się niepokoić, że może ktoś z Was zrozumiał choć zdanie z mojego pisania! Naprawdę! ;)))

Dlatego postaram się zamieścić ciąg dalszy niedługo, w kolejnej części...

'Fizyki dla Laika, czyli Nauki dla Tłuka'!

Howgh. 

czwartek, 10 kwietnia 2025

#81 Klasyczna Loteria czyli Nowa Teoria Grawitacji



0. Wstęp.

Dzieńdobrywieczór!

To znowu ja. Rozmośćie sie wygodnie w fotelach, załączajcie ścieżkę dźwiękową z Gwiezdnych Wojen czy innego Interstellar i fruniemy. Fruniemy do gwiazd, do kwantów, chcecie, to wymyślę jeszcze jedną lokalizację: może nie do sklepu po piwo, bo można sobie zamydlić ogląd i powiedzieć wtedy, że temat jest nudny. Za trudny. Zamiast tego żołądkowa gorzka i możecie się czuć znieczuleni!

Dziś nie będzie nudno. Będzie jak zawsze. Czyli wzloty i upadki naukowców, także naszych ulubionych, czyli amerykańskich; oraz o tym, co tam nowego zalęgło się w mózgach tychże. Startujemy!

1. Przybliżenie problemu (jakby ich był mało), czyli alkoholizm wśród Indian.

W głębi serca fizyki biegnie głęboka szczelina. Ogólna teoria względności, która opisuje grawitację, rozbija się o fizykę kwantową. Nie szczędzono wysiłków, by zakryć tę rozpadlinę, wielu naukowców spędziło swoje całe kariery budując teorię kwantowej grawitacji.

Jeden z nich objął jednak całkowicie inną drogę. Jonathan Oppenheim (niestety, nie ma nic wspólnego z Oppenheimerem, choć wydawałoby się, że Oppenheim to taki mały Oppenheimer) uważa, że grawitacja może być fundamentalnie klasyczna, czyli nie być kwantową, w ogóle. To bardzo niekonwencjonalne podejście, krótko mówiąc. To tak jakby znaleźć się, będąc jedynym białym, w pokoju pełnym Indian. Lepiej nic nie mówić.

'Kiedy zaczynaliśmy, może 99 procent uważało nas za głupków, teraz ta liczba zmniejszyła się do 70%' docina Oppenheim z Uniwersytetu w Londynie.

Wszystkie znane siły fundamentalne, z wyjątkiem grawitacji, są sformułowane w kategoriach fizyki kwantowej. Przeważa pogląd, że grawitacja powinna dołączyć do swoich kwantowych kolegów. Ale Oppenheim uważa, że ona jest inna. Podczas gdy inne siły rozprzestrzeniają się w obrębie czasoprzestrzeni, grawitacja jest zagięciem samej czasoprzestrzeni. Oppenheim twierdzi: 'nie jest do końca przesądzone, że powinna być kwantowa z natury'. No pewnie, że nie jest przesądzone, że zdejmą ci skalp. Mamy XXI wiek.

Fizycy opracowali kilka niedostępnych twierdzeń, które, wydaje się, zabraniają stworzeniu klasycznej teorii grawitacji. Takie twierdzenia uwydatniają niespójności, najwidoczniej zabójcze dla pomysłu, które powstają gdy klasyczna grawitacja jest zastosowana do cząstek kwantowych. Ale można ominąć te zakazy, poprzez dodanie pewnej losowości do sposobu, w jaki czasoprzestrzeń zagina się w odpowiedzi na kwanty, twierdzi Oppenheim.

2. Dwie szczeliny, orzeł czy reszka? Stanęło Kantem i zostaliśmy z Nietzschem.

Rozważmy słynny eksperyment z dwiema szczelinami. Cząstki są wysyłane w kierunku detektora, oddzielone barierą z otworami po bokach. Dwoma. Kiedy cząstki docierają do ekranu detekcyjnego, tworzą paskowany wzór zwany wzorem interferencyjnym. Ten wzór powstaje gdyż w fizyce kwantowej cząstka nie jest ograniczona do przejścia przez jedna albo druga szczelinę. Zamiast tego, może istnieć w superpozycji, obierając dwie drogi jednocześnie w pewnej kombinacji. Kiedy badacze próbują podejrzeć, która szczelina cząstka przeszła, wzór interferencyjny zanika. Mówisz do sklepikarki dzień dobry, uber eine flasze noch mal, a ona nagle się odwraca. Niegrzeczne kwanty!

Kiedy cząstki, w tym wypadku kwanty światła zwane fotonami, są wysyłane przez barierę z dwiema szczelinami, cząstki tworzą wzór interferencyjny (paski) ze względu na efekty kwantowe.

3. Zagwózdki, czyli wracamy do problemu.

Jeśli standardowy obraz grawitacji jest poprawny, można by zmierzyć pole Dżi takiej cząstki tak dokładnie, że dałoby się stwierdzić, przez która szczelinę przeszła cząstka. To prawdopodobnie zniszczyłoby wzór interferencyjny, nawet bez dokonywania pomiaru. Ponieważ jednak obserwuje się w laboratoriach wzory interferencyjne, jest to duży cios dla klasycznej teorii grawitacji. Ha! Fajnie by było, gdybyśmy byli Indianami w naszym pokoju, ale niestety jakoś się nie da tak na szybko przefarbować. Howgh, blada twarzy, szykuj łeb.

Jednakże w teorii Oppenheima zamieszczono losowość, a to oznacza, że cząstka zamiast posiadać określone pole grawitacyjne, posiada pole grawitacyjne fluktuujące. Takie cos jak bąbelki w naszej żołądkowej gorzkiej, losowo sobie wylatują na powierzchnię. Można rzec, że żołądkowa gorzka to nasza siła ciążenia, a bąbelki są dodane.

To oznacza, ze, w odróżnieniu od standardowej wersji klasycznej grawitacji, nie jest możliwe określenie przez która szczelinę przeszła cząstka poprzez precyzyjny pomiar pola grawitacyjnego. Cząstki mogą przechodzić przez dwie szczeliny w superpozycji, wzór interferencyjny zostaje zachowany, a to oznacza, że grawitacja może być klasyczna. Ufff. Panie, idź pan stąd, idź pan stąd! Włosy zachowane, ale musieliśmy dać dyla z pokoju, gdzie sami Indianie i polewają już wódę z bąbelkami.

W eksperymentach można dowieść, a w zasadzie przetestować teorie szukając dowodu na te losowe grawitacyjne fluktuacje. Po prostu mierzy się bardzo precyzyjnie reakcje masy na pole grawitacyjne.

To nie pierwszy raz, gdy badacze proponują drogę, aby grawitacja klasyczna była zgodna z fizyka kwantową. Oppenheim to jednak lider ruchu odnowy klasycznej siły ciążenia. Precz z kwantami! Proponuje się także inny eksperyment, mierzący korelacje pomiędzy ruchami dwóch mas które oddziałują grawitacyjnie.

Jednakże, pomysł ten posiada cechy, przez które można określić go jako niesatysfakcjonujący. Na przykład, losowość oznacza, że teoria nie jest nieodwracająca się: w odróżnieniu od innych koncepcji, nie można zacząć od końca interakcji i prześledzić jej przebiegu wstecz.

Jednakże jest także drugie jednakże: nawet niektórzy zwolennicy kwantowej grawitacji uznają, ze ta praca ma zalety.

'Powód, dla którego ta teoria jest tak interesująca to nie fakt, ze wierzę, ze grawitacja jest klasyczna', mówi Flaminia Giacomini z ETH w Zurychu. Mamma mia! Wynik jest interesujący niezależnie od faktu czy grawitacja jest klasyczna czy kwantowa. Naukowcy muszą zrozumieć możliwości, że grawitacja jest klasyczna, w celu bycia pewnym stwierdzenia, ze jednak jest kwantowa. 'Tylko tak możemy być w stanie dowieść w przekonującym stopniu, ze grawitacja jest niekompatybilna z klasycznym opisem.'

Czyli zobaczyliśmy, że jesteśmy biali, tylko po to, by stwierdzić, że nie jesteśmy czarni. A co z Indianami?

Wodą ognistą im polano, jak zwykle upadek cywilizacji Mohikan, która gdyby nie flaszka, opanowałaby świat.

Aha, zapraszam na Patronite! To nie takie trudne założyć tam konto i wesprzeć klikanie w klawiaturę! :)

patronite/DiesPhys

Oraz na Facebook fanpage; więcej nas, jest ciaśniej ale weselej! ^_^

fanpage/DiesPhys


poniedziałek, 7 kwietnia 2025

#80 Co w Trawie Piszczy, czyli Dwa Łyki Kwantowej Mechaniki

 


0. Wstęp.

Wstępniakiem znowu Was postraszę, co tam nowego w świecie kwantów. Inni piszą o wojnie na Ukrainie, o Trumpach i innych Putinach, a my nie bawimy się w wojnę tylko w leka… to znaczy w naukowców. Jak wygląda zabawa w naukowców? Bierze się temat z @diesphys, czyta go głośno na jakiejś imprezie i już ma się przydomek 'Ajnsztajn'. Naprawdę, niewiele trzeba. Można nawet oszukać i powiedzieć bizony zamiast bozony, bo towarzystwo już napite. A my dzisiaj pijemy ze źródeł wiedzy, jakie dostarcza nam ostatnio coraz częściej Fizyka Dla Laika Czyli Nauka Dla Tłuka. Się Redaktor zapędził i atakuje Was mionami, niczym z działa laserowego. Tymczasem, krotochwila już się kończy i lecimy do roboty! Zaraz uraczę Was tym, co mnie samego kręci już od ponad 12 lat. Nie to żebym miał taką wiedzę, chyba, że faktycznie weźmiemy te 12 lat i powiemy, że mam wiedzę 12 latka ;)

1. Wstęp do interpretacji, jak to się pije.

Na przestrzeni lat opracowano dziesiątki interpretacji mechaniki kwantowej. Większość z nich próbuje ugryźć problem od strony: 'co się dzieje, gdy na poziomie kwantowym dokonywany jest pomiar'. Formuła matematyczna, zwana funkcją falową (albo wektorem stanu,) opisująca stan układu, zostaje zresetowana, kiedy dokonywany jest pomiar. Liczne możliwości, na które wskazuje nam matematyka prawdopodobieństw zdają się zapadać i dokonuje się kolaps do jednego wyniku. Interpretacje mechaniki kwantowej próbują wyjaśnić, jak ten kolaps się dokonuje - albo czy w ogóle zachodzi. Niektóre z interpretacji zajmują się faktem, czy funkcja falowa jest fizycznie realna czy jest jedynie czymś zgoła matematycznym. Niestety, nie mam możliwości ujęcia wszystkich subtelnych różnic między interpretacjami, które z biegiem czasu zostały dodane przez ich zwolenników jak i samych autorów. Jednakże, jak pisze kosmolog Max Tegmark, nie ma zgody nawet co do tego, które z nich powinny zostać nazwane interpretacjami.

2. Mechanika Bohma.

Posiada ona wielu zwolenników, została opracowana w 1950 roku przez Davida Bohma. Bazował on na wcześniejszych opracowaniach Louise'a de Broglie'a. Mechanika ta opisuje cząstki jako obiekty poruszające się we wszystkich kierunkach. Są one sterowane, a raczej poprzedzane tzw. 'falami pilotującymi'. Fale te mówią cząstce, gdzie ma się poruszać. Podejście to sprowadza fizykę z powrotem do determinizmu, omijając prawdopodobieństwa, które potępił Einstein wypowiadając słynne 'Bóg nie gra w kości z Wszechświatem. Jako że eksperymenty wykluczyły jego teorię 'ukrytych zmiennych' jako narzucające determinizm, stąd mechanika Bohma wymaga pewnego rodzaju 'działania na odległość' (lub inaczej nielokalności). Einstein tego także nie popierał. Był za, a nawet przeciw ;) Równie trudno jest wyobrazić sobie, jak mechanika Bohma mogłaby przewidzieć jakiekolwiek różnice doświadczalne miedzy nią samą a standardową interpretacją mechaniki kwantowej. Krótko przed śmiercią Einstein powiedział, że nie był pod wrażeniem tej interpretacji. 'Wydaje się zbyt tania i naciągana' - napisał w liście do fizyka Maxa Borna. Kłócił się i kłócił, aż poszedł do piachu.

3. Interpretacja ewolucji stochastycznej.

Nie jest to ściśle rzecz biorąca interpretacja mechaniki kwantowej jako takiej, ponieważ zmienia ona podstawową matematykę teorii kwantów. W zwykłej mechanice kwantowej funkcja falowa (albo wektor stanu) 'ewoluuje', zmieniając się w czasie w sposób możliwy do idealnego przewidzenia. Innymi słowy, szanse innych wyników mogą się zmieniać i można ową zmianę dokładnie przewidzieć, dopóki nie zostanie dokonany akt pomiarowy. Jednakże kilku fizyków zasugerowało, że to sama ewolucja może zmienić się w losowy sposób (stochastyczny), powodując kolaps samej z siebie. Ten kolaps występuje bardzo szybko dla dużych (makroskopowych) obiektów i wolno dla cząstek subatomowych.

4. Interpretacja Bayesowska (Christopher Fuchs, Carlton Caves, Rudiger Schack).

Czasami nazywana jest 'Qbizmem'. Czerpie ona pomysły ze szczególnej szkoły statystyki bayesowskiej. Utrzymuje ona, że prawdopodobieństwa odzwierciedlają subiektywny pogląd na sposób, w jaki generują się wyniki. Pomiar to przejaw indywidualnej wiedzy na temat stanu układu i może ona być użyta do przewidywania jego rozwoju w przyszłości.

5. Interpretacja Wielu Światów (Hugh Everett III).

Arystokracja. 

Ignorowana przez wiele lat, od ukazania się w roku 1957, zyskała popularność w ciągu ostatnich dziesięcioleci. Nazywana jest czasem interpretacją Wielu Wszechświatów. Postuluje ona, że za każdym razem, gdy dokonywany jest pomiar, wszystkie możliwe wyniki tego pomiaru wyłaniają się faktycznie w różnych gałęziach rzeczywistości, kreując liczne wszechświaty równoległe. Everett jednak miał na myśli bardziej to, że obserwator rozszczepia się na liczne klony samego siebie, które obserwują różne możliwe wyniki pomiarów.

6. Interpretacja kosmologiczna (Anthony Aguirre i Max Tegmrak).

Względnie nowa, bo okazała się dopiero w 2010 roku. Autorzy twierdzą, że koncepcja wielu światów jest banalnie prawdziwa ale tylko w przypadku, jeśli Wszechświat jest nieskończony. Musiałaby także zaistnieć nieskończona liczba wszechświatów równoległych, w których wszystkie wyniki dozwolone przez mechanikę kwantową faktycznie mają miejsce. Obliczyli oni, Tegmark i Aguirre oczywiście, że rezultaty wystąpiłyby dokładnie w proporcjach przewidzianych przez prawdopodobieństwo obliczone przez matematykę związaną z teorią kwantów. Pogląd ten głosi, że 'funkcja falowa opisuje faktyczny zbiór przestrzenny identycznych układów kwantowych, a kwantowe niepewności pomiarowe występują z powodu niemożności obserwatora do umieszczenia siebie w tym zbiorze'.

7. Interpretacja kopenhaska (Niels Bohr).

Bohr uważał, że pomiary dawały wyniki, które mogły zostać opisane tylko w języku fizyki klasycznej, dlatego nie było sensu pytać, co dzieje się w niewidocznym świecie subatomowym. Uważał on, że trzeba najpierw poczynić pewne doświadczalne założenia, aby pytać o naturę rzeczywistości, a pytanie, które się zadało, odgrywa pewną rolę w wyniku, jaki otrzymujesz. Pogląd ten zawiera zasadę nieoznaczoności Heisenberga. Jest ona założeniem, które narzuca pewną zasadę natury rzeczywistości, a nie tylko jeśli chodzi ograniczenia pomiarowe. Wynikiem jest założenie, że jednoczesne lokalizacje i prędkości nie istnieją dla cząstek fundamentalnych, dopóki nie zostanie dokonany pomiar. Pomiary dokonują niejako wyboru z szeregu możliwości (albo potencjalnych rzeczywistości, jak mówił Heisenberg). Bohr tłumaczył paradoksy, takie jak cząstki zachowujące się jak fale i fale jak cząstki  jako wzajemnie wykluczające się ale komplementarne aspekty natury.

8. Interpretacja historii spójnych (Robert Griffiths).

Utworzona w 1984 roku interpretacja ta traktuje fizykę klasyczną jako jedynie przybliżenie mechaniki kwantowej. Według niego, matematyka dotycząca teorii kwantów może być użyta również do obliczania prawdopodobieństw dla zjawisk makroskopowych, jak i subatomowych. Prawdopodobieństwa nie odnoszą się do wyników pomiarów, ale do fizycznych stanów w układzie. Griffiths podkreśla niekompatybilność wielokrotnych możliwych rzeczywistości w fizyce kwantowej. Można zrobić zdjęcie górze z różnych stron, i zdjęcia te mogą być połączone w celu stworzenia jednego zdjęcia zupełnie spójnego z rzeczywistością góry. Jednakże w fizyce kwantowej można wybrać właściwość, którą się mierzy (np. prędkość lub pozycje cząstki), ale nie można dokonać dwóch pomiarów, aby uzyskać w pełni spójny obraz rzeczywistości cząstki przed pomiarem. Podobnie, nie ma stanu fizycznego, w którym kot Schroedingera jest jednoczenie żywy i martwy. Fakt, że funkcja falowa może opisywać taki stan oznacza jedynie, że jest ona po prostu matematycznym tworem używanym do obliczania prawdopodobieństwa zdarzeń lub historii. W prawdziwym życiu, te sekwencje zdarzeń będą spójne, tworząc jedna historię.

9. Kwantowy Darwinizm (Wojciech Żurek).

Jest to pogląd podobny w wielu aspektach do historii spójnych. Kwantowy darwinizm podkreśla rolę dekoherencji. Jest to proces, w którym wiele możliwych rzeczywistości kwantowych jest eliminowanych, kiedy układ wejdzie w interakcję z otoczeniem. Molekuły powietrza i fotony odbijają się od obiektu i przez to ich trajektorie zapisują pozycje obiektu. Bardzo szybko tylko jedna pozycja pozostanie spójna z informacjami zapisanymi w otaczającym cząstkę środowisku. Te interakcje są efektem pewnego rodzaju doboru naturalnego właściwości, zapisanej w otoczeniu w wielokrotnych kopiach, dostępnych dla obserwatora. W ten sposób, obserwatorzy mogą zgodzić się co do określonej lokalizacji dla obiektów makroskopowych, zamiast w wielu lokalizacjach w jednej.

10. Historie dekoherentne (Murray Gell-MAnn i James Hartle).

Odmiana historii spójnych. Interpretacja ta powstała w roku 1989. Podkreśla ona dekoherencję, podobnie jak kwantowy darwinizm. Jednakże jej istotą jest twierdzenie, że cały Wszechświat może być uważany za układ kwantowy, bez środowiska zewnętrznego. Dekoherencja występuje wewnętrznie, czego wynikiem są domeny 'kwazi-klasyczne' - zbiory historii spójnych, które nie mogą być odróżnialne na poziomie gruboziarnistym (po kolapsie funkcji falowej), narzuconym przez dekoherencję.

Podobało się? Zapraszam na następny odcinek @diesphys czyli fizyka pod strzechy. Kto załapie, o co chodzi, będzie chciał więcej, kto nie załapie, cóż, są jeszcze blogi kulinarne! ;)

I koniec.

Aha, zapraszam na Patronite! To nie takie trudne założyć tam konto i wesprzeć klikanie w klawiaturę! :)

patronite/DiesPhys

Oraz na Facebook fanpage; więcej nas, jest ciaśniej ale weselej! ^_^

fanpage/DiesPhys